Witam Was, Moje Panie!
Nietrudno zauważyć, że każdego roku wielkie czerwone napisy "Sale" zaczynają krzyczeć do nas zza sklepowych witryn już pod koniec grudnia. Wówczas wszystkie sklepy próbują pozbyć się wszelkich zapasów... Wśród przecenionych rzeczy można znaleźć dosłownie wszystko - od kozaków i ciepłych kurtek, aż po sandałki i letnie sukienki. "Znawczynie mody" krzyczą:" Phi! Polskie wyprzedaże to jedno wielkie gówno! Ja na ten okres wyjeżdżam do Niemiec (Anglii, Nowego Jorku, Chin.... czy gdziekolwiek indziej), tam to dopiero są przeceny! Zazdrośćcie mi i podziwiajcie!"
Och, pewnie - słyszy się, że w Anglii przeceny sięgają nawet 70%, ale chwila... Przecież w Polsce, im dłużej trwają wyprzedaże, tym proponowane są nam coraz to większe obniżki. Oczywiście, im dłużej zwlekamy, tym większa szansa, że upatrzona przez nas rzecz zniknie w rękach innej kobiety, ale czasem jednak warto poczekać. Ostatnio wybrałam się na zakupy i kupiłam spodenki za 29,90 zł (poprzednia cena - 139,00 zł), koszulkę za 14,90 zł (poprzednio - 55,90 zł) i kilka innych, mocno przecenionych ciuchów. Więc jak? Aż tak źle? Bez przesady.
Jest jeszcze inny aspekt gorszący słynne modowe blogerki. Corocznie krzyczą "Nienawidzę wyprzedaży, więcej się na niej nie pojawię! Wszędzie porozwalane ciuchy!"(i ten sam tekst w kółko... żeby chociaż jedna z nich dotrzymała słowa...). Haha, pewnie, trzeba przyznać, że ubrania walają się wszędzie - na wieszakach, półkach, podłodze i suficie. Tylko spójrzmy na to z tej strony - w tym szczególnym okresie każdego dnia przez sklepy przewijają się tysiące Łowczyń, przerzucających każdą rzecz z jednej kupki na drugą, tak, by przypadkiem nie przegapić jakiejś "perełki". W takich warunkach utrzymanie porządku jest praktycznie niemożliwe.
Jasne, polskim wyprzedażom nie można odmówić też tego, że wszędzie jest mega ciasno. Kobiety wyrastają jak spod ziemi, rozpychają się łokciami, wbijają parasolki w żebra i obcasy w stopy. Te bardziej zaradne i pomysłowe zabierają wózki z dziećmi, którymi skutecznie utrudniają dostęp do sklepowych półek. Te najwytrwalsze potrafią wyrwać Ci bluzkę z ręki, obrzucając Cię przy tym pełnym nienawiści spojrzeniem. Kolejki do przymierzalni przekraczają najśmielsze oczekiwania, ale i tak stają się niewielkie, w porównaniu do tego, co trzeba odstać, by dostać się do kasy. Istny cyrk, pełen niewytresowanych zwierząt, prawda?
Ale wiecie co? Pomimo tego..... Kocham polskie wyprzedaże! Tak, uwielbiam ten klimat! Cholera, naprawdę lubię raz na pół roku zanurkować w całym tym syfie. Lubię tą adrenalinę, która pojawia się w momencie, gdy wchodzę do sklepu, zastanawiając się czy został jeszcze mój rozmiar upatrzonej wcześniej rzeczy. Mówcie co chcecie, ale wyprzedaże są jak Boże Narodzenie - mają swój niepowtarzalny urok.
Miłego wieczoru.
fajny blog!! jestem tu pierwszy raz ale ,zapewnę odwiedzę go jeszcze nie raz... :-) Zapraszam do obejżenia mojego FOTO bloga ... www.izadzijak.com
OdpowiedzUsuńehh...różnie to bywa na tych wyprzedażach niestety...ale nie powiem że nie korzystam:)
OdpowiedzUsuńOj, no pewnie, że różnie bywa. Niejednokrotnie wychodzę z Zary wkurzona, że przeceny są znikome, albo zawiedziona, że w Mango nie ma już nic ciekawego... :) Pomimo tego - lubię wyprzedaże.
UsuńPozdrawiam.
Faktycznie, najlepiej uzbroić się w cierpliwość. Pierwszy raz moc wyprzedaży poczułam z dwa lata temu pozwalając sobie na zakup kilku kurtek w Zarze (zapas na kilka lat). Uważam, że jak się odczeka 'swoje' to można mieć trzy kurtki w cenie jednej (mam na myśli cenę wyjściową). Myślę, że w tym akurat sklepie przeceny są dość zauważalne. W tym roku ogarnęła mnie mania na inny sklep, gdzie nabyłam kilka swetrów w cenie mieszczącej się w przedziale 30-40 zł (kiedy wyjściowa to 120). Ale przyznam, że ze scenami 'dziczy' podczas wyprzedaży nie spotkałam się jeszcze;)
OdpowiedzUsuń